„Blizny” Marek Stelar

„Ludzie mówią, że boją się śmierci, ale tak naprawdę boją się tego, co jest przed nią: bólu, bezradności, żalu za tym, co zostawią po tej stronie… A śmierć to wszystko przerywa. Przerywa i ból, i żal, to całe cierpienie”. W internecie pandemia, w gazetach pandemia, w telewizji nic tylko pandemia. W takiej rzeczywistości żyjemy już od dłuższego czasu, ale znakomite „Blizny” Marka Stelara to pierwszy „kryminał pandemiczny”, jaki w tym roku przeczytałam. Zapewne nie ostatni, chociaż szczerze wątpię, żeby następne były równe dobre.  Bohaterowie chodzą w maseczka i dezynfekują dłonie, przesłuchiwani przebywają na kwarantannie, a strażacy odmawiają wejścia do mieszkaniu, w którym wyłamali drzwi, bo nie mają ze sobą kombinezonów ochronnych. Z jednej strony fajnie się czyta książkę, która tak wiernie oddaje polskie realia „nowej normalności”, ale z drugiej – zasiadając do lektury, człowiek chciałby oderwać się od pandemicznej codzienności, wreszcie się zrelaksować i  chociaż na krótką chwilę zapomnieć o koronawirusie.

„Trup kładzie wszystko”. Kiedy na budowie węzła Łękno robotnicy natrafiają na ciało, które wygląda „jak faraon wygrzebany z piramidy”, inspektor Rudziński wpada w panikę. Obawia się, że archeolodzy zablokują mu dalsze prace. Na jego szczęście zwłoki nie należą do mieszkańca „osady neandertalczyków”, a do człowieka, który życie stracił w ostatnim dwudziestoleciu. Sprawą zajmuje się nadkomisarz Tomasz Rędzia ze szczecińskiej Komendy Policji we współpracy z niedawno przeniesioną do Szczecina panią prokurator, która „wciąż wierzyła, że młyny sprawiedliwości mielą powoli, ale skutecznie, i robiła wszystko, żeby machina się nie zacięła, a przynajmniej nie z jej winy”. W czasie dochodzenia wychodzą na jaw zaskakujące powiązania pomiędzy ofiarą a osobami podążającymi tropem zabójcy.  „Przypadek jeden na milion. Ale szóstka w totka też jest mało prawdopodobna, ale jednak pada”.

Czas leczy rany. Czy aby na pewno? „Chociaż minęło ćwierć wieku, tam, pod bliznami, wciąż są świeże rany, tyle że nie fizyczne”, a nadkomisarz Tomasz Rędzia postanowił je rozdrapać i za wszelką cenę rozwiązać aż dwie zagadki – nie tylko odkryć, kto podrzucił ciało do dawnego schronu, ale też wyjaśnić niejasności wokół wydarzeń, które rozegrały się w lesie w okolicach Złocieńca w 1994 roku. Wszyscy mijają się z prawdą, a „tajemnica też tak jak pocisk potrafi zabić: człowieka albo miłość”. Z przykrością stwierdzam, że coraz rzadziej trafiam na tak trzymające w napięciu i świetnie napisane polskie kryminały jak „Blizny” Marka Stelara. Doskonale znam autora z serii z Dariuszem Suderem, więc z góry wiedziałam, czego mogę się spodziewać, ale i tak zostałam pozytywnie zaskoczona. Z ogromną przyjemnością czyta się powieść z tak wyrazistymi bohaterami i precyzyjnie skonstruowaną zagadką, której rozwiązania na sposób przewidzieć. W książce nie znajdziemy żadnych zbędnych opisów, czy nudnych wynurzeń, które spowalniają akcję. Tylko w jednym, dosłownie jednym momencie poczułam lekkie rozczarowanie, bo jestem przekonana, że tak utalentowanego pisarza stać było na wymyślenie czegoś oryginalniejszego. Zamiast tego postawił na rozwiązanie, które znamy już z tak wielu książek i filmów, ale pomijając ten mały „zgrzyt”, powieść zasługuje na same superlatywy.

Nazwisko Marka Stelara na okładce książki to gwarancja inteligentnej rozrywki – bez przesadnej brutalności, drastycznych opisów i ordynarnego języka. Autor serwuje czytelnikom zagmatwaną i wielowątkową historię, a przy okazji wbija małą szpileczkę tzw. dobrej zmianie, ukazując w jaki sposób traktowani są „niepokorni” prokuratorzy.

„Blizny” i inne książki kryminały znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *