“Charlie Hernandez i Liga Cieni” – Ryan Calejo

Możliwe, że właśnie objawił nam się godny następca najwybitniejszych, najpopularniejszych powieści młodzieżowych, którego nazwisko za jakiś czas będzie wspominane obok J. K. Rowling czy Ricka Riordana. Połączenie realnego świata, jaki znamy, z tym baśniowym, w którym mity i legendy żyją własnym życiem, jak zwykle zdało egzamin i dostajemy niedługą, ale niesamowicie przyjemną opowieść o młodym chłopcu – Charliem, który znalazł się w centrum niepokojących zdarzeń.

Nie wiem, czy pochwalić najpierw intrygującą fabułę, czy wspaniale napisanych bohaterów, czy w końcu sam nieszablonowy styl, w jakim Calejo nam to wszystko przedstawia. Książki młodzieżowe wcale nie muszą, jak niektórym się to wydaje, być infantylne, ubogie w treść i takie „delikatne”. Wręcz przeciwnie – sądzę, że powinny być stworzone tak, żeby zarówno dorośli, jak i młodsi mogli po nie sięgać i mieć z tego taką samą frajdę. Wiadomo, że rezygnuje się ze zbytniej brutalności, przekleństw i nadmiaru melancholii, ale to wcale nie musi wypadać niekorzystnie! W końcu porzucając jedne elementy robimy miejsce na inne, jak na przykład w tym przypadku, po prostu szalone przygody, młodsi bohaterowie, z którymi razem możemy się uczyć i „dojrzewać” i mnóstwo, powtarzam, mnóstwo humoru.

Skoro mowa o tym ostatnim, to sposób prowadzenia narracji mnie zwyczajnie zachwycił. Tak lekkiej i zabawnej prozy dawno nie czytałam, chyba od czasów Percy’ego Jacksona. Tym cieplej na sercu się robi, widząc, jak wiele cech wspólnych ma z nim Charlie Hernández. Jest wprost przesympatyczny i naprawdę trudno go nie lubić. Od momentu zniknięcia jego rodziców radzi sobie, jak umie, wciąż wierząc, że się odnajdą. Na pamiątkę po nich nosi przy sobie srebrny medalion, należący do jego matki. Kiedy przypadkowo znajduje ukrytą w nim mapę, wyrusza w ślad za wskazówkami, licząc na szczęśliwe zakończenie swojej historii.

Wokół Charliego kręci się sporo równie fantastycznych postaci. Chłopak, mimo że bez rodziców, tak naprawdę nie jest sam. Ma przyjaciół, wścibską, ale bardzo pomocną koleżankę i na swojej drodze wciąż spotyka wiele życzliwych osób, które starają się mu pomóc. Co nie znaczy, że jego życie to taka sielanka.

Od zniknięcia rodziców, z Charliem dzieją się dziwne rzeczy. Jego ciało zaczyna się zmieniać. Rosną mu rogi, a tułów porasta piórami. Teraz ważne staje się ustalenie, dlaczego to wszystko się dzieje i czy te wszystkie rzeczy – zniknięcie rodziców, przemiana, znalezienie mapy – mają ze sobą jakiś związek. Po jakimś czasie powracają wspomnienia z młodości, kiedy to babcia snuła swoje opowieści o wszelakich potworach, monstrach z mitologii i baśni, które miały prześladować świat ludzi. Czy w tych historiach kryło się jakieś ziarno prawdy? Czy to możliwe, że to coś więcej niż tylko legendy?

Myślę, że sięgając po tę książkę, nikt się nie zawiedzie. Pierwszy rozdział jest intrygujący, drugi – wciągający, trzeci – porywający i tak dalej aż do trzydziestego siódmego włącznie. Praktycznie ani na chwile nie wieje nudą! Autor opowiada nam dokładnie tyle, ile trzeba, więc uwaga – trudno oderwać się od czytania, kiedy się już zacznie. Naprawdę jestem wdzięczna losowi, że trafiłam na tę powieść (i szkoda, że dopiero teraz), bo od dawna szukałam czegoś takiego. Z całego serca polecam – zdecydowanie warto po nią sięgnąć.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Charlie Hernandeza i Ligę Cieni” oraz inne książki młodzieżowe fantasy znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *