“Milczenie czasu” – Ragnar Jónasson

W okresie przedświątecznym lubimy czytać książki, których akcja rozgrywa się w Boże Narodzenie. Walentynki nastrajają nas do kupowania powieści o miłości. Upalne lato sprzyja lekkim wakacyjnym lekturom, dzięki którym możemy odwiedzić nadmorskie kurorty, egzotyczne wyspy i malownicze pojezierza bez konieczności wychodzenia z domu. A co najlepiej czytać w czasie pandemii?

Zapraszam do Siglufjörður – małego miasteczka na północnym krańcu Islandii – które, „zawsze było spokojne, ale teraz wydawało się zbyt ciche. Na ulicach żywej duszy. Jakby Ari Thór był jedynym mieszkańcem miasta duchów. Ludzie bali się wychodzić i nie było śladu życia, a cisza była tak kompletna, że aż niepokojąca”. Brzmi znajomo? Dlaczego mieszkańcy bali się wychodzić? Ponieważ „miasteczko dotknęła infekcja – konsekwencja wizyty bogatego podróżnika (…) Zdiagnozowano u niego nadzwyczaj zaraźliwą odmianę grypy, której towarzyszyła bardzo wysoka temperatura. Stan chorego błyskawicznie się pogorszył i podróżnik umarł następnego dnia. Specjalista chorób zakaźnych doszedł do wniosku, że był to przypadek gorączki krwotocznej (…) Praktycznie nie było sposobu, żeby ją leczyć”.

Przeciętnemu zjadaczowi chleba Islandia kojarzy się z gejzerami i Björk. Od kiedy na polskim rynku ukazała się seria Mroczna wyspa lodu Ragnara Jónassona ( „Milczenie lodu”,  „Zaćmienie”, “Milczenie czasu”, “Milczenie śniegu”, „Milczenie nocy”) ta fascynująca wyspa zaczęła kojarzyć się również ze zbrodnią. Spowite arktyczną nocą Siglufjörður paraliżuje wirus, a pełniący dyżur na miejscowym posterunku Ari Thór, nazywany przez miejscowych Wielebnym, bo kiedyś studiował teologię, nie ma za dużo roboty. Gdy w jego ręce trafia fotografia sprzed pół wieku, postanawia wykorzystać nadmiar wolnego czasu na wyjaśnienie zagadkowej śmierci młodej kobiety. Czyżby świadomie wypiła trutkę na szczury, bo nie mogła znieść życia w ciemności i izolacji? W tym samym czasie w Rejkiawiku ginie syn wpływowego polityka, a stolicą Islandii wstrząsa wiadomość o porwaniu półtorarocznego chłopczyka. Czy te sprawy są ze sobą powiązane?

 „Milczenie czasu” to tak naprawdę dwie książki w jednej, przez co autor mało miejsca poświęcił rozwinięciu każdego z wątków kryminalnych. Powieść ma zaledwie trzysta stron, a sprawy praktycznie rozwiązują się same. U Ragnara Jónassona nie najlepiej jest też z budowaniem napięcia, chociaż “Milczenie czasu” czyta się naprawdę szybko. Cały czas coś się dzieje, ale jakoś szczególnie nie zaangażowałam się w akcję. Na początku motywem przewodnim wydaje się być wirus i mógł być to strzał w dziesiątkę, ale po jakimś czasie nawet zagrożeni chorobą stracili nią zainteresowanie. Niby jest, a jakby jej nie było i niewiele wnosi ona do fabuły, a przecież otwierała przed autorem szereg możliwości. Bardzo mało dowiadujemy się o samych bohaterach, których trudno by było nazwać charyzmatycznymi. Brakuje im wyrazistości i charakteru. Mam też zastrzeżenia do korekty (znowu te literówki) i tłumaczenia. Niektóre sformułowania są niezręczne, inne po prostu nie mają sensu, jakby zostały wygenerowane w internetowym translatorze.

Bardzo lubię skandynawskie kryminały, właściwie „biorę je w ciemno”, chociaż już parę razy się rozczarowałam. Nie wystarczy umieścić akcji książki w złowrogiej scenerii dalekiej Północy, żeby podbić serca czytelników. „Milczenie czasu” to całkiem przyjemna lektura, o ile sięgając po nią nie ma zbyt wygórowanych oczekiwań. To niezły kryminał i tyle. Z całą pewnością nie jest to poziom prezentowany przez Jo Nesbø czy Camillę Läckberg, ale mimo wszystko warto po raz kolejny odwiedzić rybackie miasteczko Siglufjörður.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *