„NYPD RED. Czerwony alarm” – James Patterson (i Marshall Karp)

W moim prywatnym stosie książek do pilnego przeczytania powieść „NYPD RED. Czerwony alarm” wylądowała na samym spodzie. Nie jestem wielką fanką Jamesa Pattersona, chociaż gdybym dobrze poszukała domową biblioteczkę pewnie znalazłabym w niej jakiś kryminał jego autorstwa – upchnięty z tyłu, skazany na zapomnienie, dlatego zabierając się wreszcie za lekturę „NYPD RED. Czerwony alarm” nie miałam wielkich oczekiwań. Po stu stronach przecierałam oczy ze zdumienia. Po dwustu zaczęłam przekopywać Internet w poszukiwaniu wcześniejszych książek z serii o nowojorskich policjantach. Po dotarciu do trzysta trzydziestej trzej strony dopadło mnie przygnębienie, bo moja przygoda z tą naszpikowaną zwrotami akcji i specyficznym humorem opowieścią dobiegła końca!

Podczas eleganckiego przyjęcia zorganizowanego w Sali Kotylionowej nieprzyzwoicie drogiego hotelu Pierre w samym sercu Nowego Jorku, doszło do wybuchu bomby. „To była jedna z tych nagłych i widowiskowych eksplozji. Oślepiający błysk, ogłuszający huk, gęsty dym, smród substancji chemicznych, latające kawałki drewna, szkła, metalu i Dela Fairfaksa”. Bomba zabiła tylko jedną osobą, co zwraca uwagę policjantów z elitarnej jednostki NYPD RED, którzy zostali oddelegowani do ochrony przemawiającej na imprezie pani burmistrz Muriel Sykes i znaleźli się zaledwie parę metrów od zdetonowanego ładunku. Kiedy życie traci drugi z czwórki bajecznie bogatych przyjaciół, detektywi Kylie MacDonald i Zach Jordan są przekonani, że to nie przypadek. Muszą jak najszybciej złapać konstruktora bomb, bo zginą kolejne osoby. Trop prowadzi do Tajlandii…

Co ma wspólnego autoerotyczne podduszenie z rosyjską ruletką? To gry, w których „możesz wygrać sto razy, ale przegrać tylko raz”. Dlaczego detektyw MacDonald aktualizując swoje CV  w punkcie „doświadczenie i zajmowane stanowiska” wpisała „osobisty pachołek pani burmistrz”? Czy to normalne, że policjanci wchodząc do zapuszczonego mieszkania podejrzanego twierdzą, że są „z redakcji „Piękne wnętrza i ogrody” i „przyjechali na sesję zdjęciową”? Dawno już tak się nie śmiałam, czytając kryminał. Wymiany zdań pomiędzy MacDonald i Jordan są po prostu świetne. Nie sposób nie polubić tej dwójki, a razem tworzą prawdziwą mieszankę wybuchową. W „NYPD RED. Czerwony alarm” nie znajdziemy żadnego, cytując samego autora, „pitu, pitu”, a jedynie konkrety. Autor postawił na akcję, akcję i jeszcze więcej akcji. Czytelnik nie ma ani chwili na zaczerpnięcie oddechu, dzięki czemu książkę pochłania się z zawrotną prędkością. O nudzie i dłużyznach nie ma mowy – żadnych rozbudowanych opisów, ani wielostronicowych rozważań bohaterów w tej powieści nie znajdziemy. Sprawa przebiegłego bombiarza spędza wszystkim sen z powiek, by ją rozwiązać policjanci muszą się udać na drugi koniec świata, ale zawiła historia układa się w logiczną całość. Jakby tego było mało, detektywi równolegle próbują rozwikłać zagadkę śmierci znanej dokumentalistki, która przygotowywała skandaliczny film. Obie dochodzenia są równie interesujące. Warto też wspomnieć o wątku polskim. Co prawda Janek został pokazany w taki sposób, że nie przynosi chluby krajowi swoich przodów, ale za to nowojorscy policjanci docenili smak polskich wypieków! Nawet jeżeli są sprzedawane w miejscach o tak trudnych do wymówienia nazwach jak „Rzeszowianka” .

Czytając „NYPD RED. Czerwony alarm”, doskonale się bawiłam. James Patterson z pomocą Marshalla Karpa napisał kryminał lekki, zabawny i pełen niespodziewanych zwrotów akcji, który trzyma w napięciu i zapewnia świetną rozgrywkę od pierwsze do ostatniej strony, a detektywi Kylie MacDonald i Zach Jordan z miejsca trafili na listę moich ulubionych książkowych policjantów.

“NYPD RED. Czerwony alarm” i inne książki kryminały znajdziecie w księgarni selkar.pl.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *