“Tropiciel” – Paulina Hendel

„Tropiciel” Pauliny Hendel to jedna z tych książek, na które człowiek się dosłownie rzuca. I nie da się tego opisać inaczej. Aby nie mieć kaca książkowego, koniecznie należy po nią sięgnąć. Warto też wspomnieć, iż jest to drugi tom serii „Zapomnianej księgi”. On również skupia się na woli walki Huberta. Pamiętacie go? Jeśli to czytacie, to jestem pewna, że tak.

Poprzedni tom kończy się na przebudzeniu Huberta, który wcale nie umarł, a wrócił do swojego 17-letniego życia. Istne szaleństwo. Przeżyć tak wiele, i jakby cofnąć się w czasie. Ale ta szalona, nocna wizja dała chłopakowi szansę na odpowiednie kroki. Jego działania przestały być przypadkowe, a podejście do sprawy stało się poważne. Hubert bowiem doskonale wiedział, jak bardzo odmieni się świat. I właśnie o tym jest „Tropiciel”. Przybliża brakujące 7-em lat, których nasz główny bohater nie pamiętał. I co ważne, tym razem jest w nich Ernest, przyjaciel Huberta, który wcale nie zginął w zamachu.

Jeśli przekonał Was do siebie pierwszy tom, mam nadzieję, że na ten nie musieliście długo czekać. Że sięgnęliście po niego szybko, nim zdążyliście ocknąć się z apokaliptycznego klimatu, który zaserwowała autorka. Myślę, że to ważne, by nie wybijać się z rytmu i nie tracić poczucia bytności w książce. W tym przypadku szkoda byłaby większa, niż zazwyczaj. Paulina Hendel wcale nie zmniejszyła poprzeczki, po raz kolejny wrzucając czytelnika w sam środek akcji. Obydwa tomy doskonale się łączą, tworząc spójną całość. I wciąż czuć niepewność. Z bijącym serduchem czeka się na słowiański akcent, który wcale nie jest już taki oczywisty. Sami rozumiecie… dopiero początek apokalipsy. Ludzie jeszcze mogą się kontaktować, a niebezpieczne stwory są w cieniu. Ale to nic. Przyjemnie było patrzeć Hubertowi i Ernestowi przez ramię, gdy walczyli o życie.

Jednak „Tropiciel” różni się nieco od „Strażnika”. Oczywiście wiele elementów pozostaje wspólnych. Ale mam tu bardziej na myśli samo tempo i jakby mniej zaskoczeń. Ta część wydaje się być bardziej powolna, jest więcej bohaterów i pewna powtarzalność, o której pozwolę sobie nic nie napisać, by nie sugerować. Niemniej czyta się przyjemnie i mimo wszystko z ciekawością. Cieszyłam się, poznając brakujące 7 lat, które Hubertowi zdawały się umknąć. Z pewnością były burzliwe i niosły ze sobą pewne przesłanie. Po lekturze tej książki zaczęłam zastanawiać się nad potencjalną apokalipsą. Czy wizja autorki jest trafna, jeśli chodzi o zachowanie ludzi. Bo że elektronika nas kiedyś zgubi, to wiadomo nie od dziś. Kwestia czasu. Ale co, jeśli koniec nadejdzie lada dzień?

„Tropiciel” uzmysłowił mi – i zapewne również wielu innym czytelnikom – coś szalenie oczywistego. Że warto zdobywać wiedzę, bo nie wiadomo, kiedy może ona nam się przydać. Mało kogo interesuje wiedza o rolnictwie, a może właśnie jej brak pozbawi nas życia. Albo umiejętność rozpalania ognia w lesie. Ilu z nas potrafi to zrobić? Paulina Hendel subtelnie sugeruje, abyśmy zdobywali wiedzę na przeróżne tematy, bo kiedyś może ona być najcenniejszym, co będziemy mieli. To samo tyczy się wielu innych dziedzin. Powinniśmy żyć bardziej świadomie. Wyznaczać sobie granice i wciąż je przekraczać. Uniezależnić się przede wszystkim od prądu i technologii. To ma sens!

Kończy się ta recenzja, ale nie kończy się przygoda z serią Pauliny Hendel, gdyż można już nabyć trzeci tom, który zwie się „Łowca”. Z pewnością po niego sięgnę, bo wyjawi mi to, czego najbardziej jestem ciekawa. A przynajmniej taką mam nadzieję. Już tęsknię za apokalipsą i słowiańskimi stworzeniami. I za samym klimatem, który jest genialny!

Autorka recenzji: Daria Łapa

“Tropiciela” i inne najlepsze książki fantasy znajdziesz w księgarni selkar.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *