“Wymrrrruczane szczęście” Joanna Szarańska

Ludzie dzielą się na miłośników kotów i wielkich miłośników kotów.  Doskonale wiedzą o tym wydawnictwa, które często umieszczają na okładkach książek puszyste persy, dystyngowane syjamy czy sympatyczne dachowce, by przyciągnąć wzrok rozkochanych w mruczkach czytelników i skłonić ich do zakupu powieści. Pół biedy, jeżeli faktycznie występuje w niej jakiś kot, ale zdarzają się też przypadki, że urocza kocia okładka nijak się ma do treści książki. „Wymrrrruczane szczęście” Joanny Szarańskiej – druga część serii „Na tropie miłości”, opowiadającej o „sercowych perypetiach z miękkim futerkiem w tle” – należy do tej pierwsze kategorii. Koty znajdziemy w niej aż cztery, w tym trzy osoby noszące wdzięczne nazwisko Kot i jedną uroczą kotkę o puszystym ogonie. Czy „Wymrrrruczane szczęście” okazało się  „lepsze niż reklama Whiskasa w telewizji”?

Emilia Kot niedawno się rozwiodła i próbuje na nowo ułożyć sobie życie. Przenosi się wraz z dwójką wiecznie psocących dzieci – Sabiną i Sebastianem – do Krakowa. Po przybyciu do miasta od razu zwraca się o pomoc do kuzyna Bolesława. Właściciel „Kulawego Bociana” – pubu „z dziwną patchworkowi klientelą”, który doskonale wie, że „rozpad małżeństwo i następujący po nim rozwód miały posmak goryczy i rozczarowania”, bo sam jest czterokrotnym rozwodnikiem, proponuje Emilii pracę i kąt do spania. Jednak za sprawą knowań niesfornych bliźniaków, marzących o posiadaniu puszystego kiciusia,  członkowie rodziny Kotów muszą jak najszybciej odpuścić „Kulawego Bociana”. Na szczęście pomocną dłoń wyciąga do nich Babcia Trudzia („postura krasnoludka, twarzyczka dobrotliwej starowinki, a serce Johna Rambo”), która nie tylko oferuje im pokój w willi przy Królowej Jadwigi, ale też w ekspresowym tempie znajduje Emilii zatrudnieniu u ekscentrycznego pisarza mieszkającego po sąsiedzku.

Nigdy nie sięgnęłabym po „Wymrrrruczane szczęście”, gdybym nie przeczytała trzech wcześniejszych książek Joanny Szarańskiej – „Choinki całej w śniegu”, „Krainy Zeszłorocznych Choinek” i przede wszystkim „Wy(sz)czekanej miłości” – naprawdę uroczej opowieści o rudej suczce, której zaginięcie narobiło niemałego zamieszania. Tego specyficznego uroku bardzo mi zabrakło podczas lektury „Wymrrruczanego szczęścia”, tak samo jak świeżości, jakiegoś zaskoczenia i odrobiny humoru. Roześmiałam się tylko raz i to dopiero po dobrnięciu do rozdziału dwudziestego czwartego („O tym, co się przydarzy, gdy się trafi w sklepie na dziwny model sprzedażowy”). I właśnie dla tego rozdziału warto było przeczytać „Wymrrrruczane szczeście” – by udać się na bardzo pouczającą wycieczkę do marketu budowlanego i znowu stanąć twarzą w twarz z … Nie zdradzę z kim, żeby nie psuć czytelniczkom niespodzianki, ale jestem przekonana, że wszystkie fanki twórczości Joanny Szarańskiego na pewno ucieszą się z tego niespodziewanego spotkania. Z nowych postaci spodobał mi się Grzegorz Owczarek, ale już po kilkudziesięciu stronach miałam serdecznie dość Sabiny i Sebastiana. Ich dialogi zamiast bawić, potwornie męczyły i irytowały. Tak jak w przypadku  „Wy(sz)czekanej miłości” nie mogę nie pochwalić ładnego wydania i sympatycznych kotów, które umilają lekturę, pojawiając na marginesach co kilka stron. Autorka ma też niezwykły talent do wymyślania zabawnych i intrygujących tytułów rozdziałów.

Czytając „Wymrrrruczane szczęście”, nie bawiłam się tak dobrze, jak podczas lektury o wiele zabawniejszej „Wy(sz)czekanej miłości”, ale fajnie było się ponownie spotkać z Babcią Trudzią i jej sapiącymi kundelkami, Bolesławem Bocianem, Brendą, Alicją i Pedrem. Druga część serii „Na tropie miłości” nie jest tak udaną pozycją, jak wcześniejsze powieści autorki, ale amatorki lekkich historii z sympatycznymi zwierzakami w tle na pewno miło spędzą z nią czas.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *