“Zwyczajne cuda” – Agnieszka Jeż

Pojawianie się świątecznych tytułów na półkach księgarskich już od października wydaje się czystym szaleństwem. Tak jak pojawianie się ozdób w sklepach. Nie ma śniegu, mróz nie przenika kości, a mimo to z półek kuszą historie przepełnione słynną magią świąt. Ale wiele osób tego potrzebuje. Posmakowania owej magii, by w ich sercu zapaliła się iskierka nadziei. By mieć pretekst do wspominek, bo niektóre rzeczy smakują w grudniu inaczej, jak w pozostałych miesiącach. Bo to czas rodzinnych spotkań, prezentów i… cudów.

„Zwyczajne cuda” Agnieszki Jeż to historia pewnego ogłoszenia, które dość mocno wyróżniało się na tle „sąsiadów”. Nie zachęcało do wzięcia pożyczki, kupna samochodu czy podjęcia pracy, która „czeka właśnie na ciebie”. To ogłoszenie było bardzo konkretne i nietypowe. Dlaczego? Otóż jego autor dokładnie wiedział, kogo szuka. I nie chodziło o liczbę mnogą a pojedynczą. Cała reszta to zbieg wydarzeń, które wielu uzna za przypadkowe, a niektórzy za przeznaczenie.

Nie wiem, jakiej magii użyła autorka, ale prolog rozbudził we mnie uczucie, którego doświadcza się jedynie w okolicach świąt. Chodzi o ten stan, gdzie człowiek jest podekscytowany i przeżywa to całym sobą. Wystarczyło, że poznałam treść ogłoszenia, a natychmiast przed oczami stanęła mi cała – przewidywalna z pewnością – treść opowieści. Nietypowa. Taka trochę magiczna. Gdybym zobaczyła je – ogłoszenie – w prawdziwym świecie, na mych ustach zagościły uśmiech.

A chwilę później poczułam się jak po zderzeniu ze ścianą. Magia świąt rozpłynęła się jak poranna mgła, zostawiając mnie z kilkoma bohaterami, których mój umysł nie potrafił ogarnąć. Początkowo próbowałam spamiętać, kto i dlaczego, ale w końcu odpuściłam. To nie miało sensu. Wręcz wydłużało lekturę, bo zwyczajnie nie miałam ochoty do niej wracać. Była nudna i nijaka. Brakowało mi konkretnego motywu przewodniego, spójności. Wszystko było rozlazłe.

W okolicach setnej strony sytuacja uległa lekkiej poprawie, ale tylko lekkiej. Nadal czułam się zagubiona. A wątek świąt ograniczał się do ustalenia ilości potraw. Naprawdę?

Na uwagę zasługuje jednak mnogość postronnych tytułów, o których pojawiają się liczne wzmianki na spotkaniach pewnego klubu czytelniczego. Bohaterowie nieznacznie wspominają, o czym traktują omawiane książki lub jakie emocje wywołują. Na niektóre zwracają uwagę bardziej, sugerując tym samym, że są to pozycje nad wyraz wartościowe. Część czytelników zignoruje listę autorki, natomiast część z pewnością sięgnie choć po jedną z nich. Świetna sprawa.

Ale to w zasadzie tyle. Nie ukrywam, iż czytało się szybko, ale treść sama w sobie była w zasadzie o niczym. Wątek ogłoszenia był niewyraźny, święta gdzieś na dwunastym planie, a bohaterowie mało konkretni. Mam też wrażenie, iż autorka za dużą uwagę poświęciła rozważaniom klubu czytelniczego. Za dużo było ich wywodów, postronnych tytułów…. Ogólnie spotkań. Doceniam niejaką promocję innych książek, ale w pewnym momencie czułam się tym przytłoczona. Jakbym znalazła się w szkole i dostała listę obowiązkowych lektur. Długą i momentami mało ciekawą… a czas nie stoi w miejscu.

„Zwyczajne cuda” absolutnie do mnie nie przemówiły. Nie będę ich fanką i nie będę polecać. Zraziła mnie również do siebie nie tyle przewidywalność co nierealność – mnogość zbiegów okoliczności wręcz zwalała z nóg. A jeśli są to zbiegi takie, jak w tej książce… no nie.

Jeśli zatem szukacie świątecznej atmosfery, to tutaj jest jej tyle, co kot napłakał. Akcja skupia się na bibliotekarce i jej klubie czytelniczym oraz mężczyźnie, którego zaślepiły kobiece wdzięki. Gdyby nie grudzień, spokojnie mogłaby to być obyczajówka wydana nawet w okresie wakacyjnym. Było sporo o wszystkim, a tak naprawdę o niczym konkretnym. Szkoda.

Autorka recenzji: Daria Łapa

“Zwyczajne cuda” i inne książki dla kobiet znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *